Gramy w gry

Dostałyśmy wraz z Żoną onegdaj grę towarzyską „Kalambury De Luxe”. Deluxowość owej wersji polega na tym, że jest wyposażona między innymi w planszę do rysowania haseł.

Skorzystałyśmy dziś z tej planszy.

deluxe

Rysowała Żona.

Jako pierwszy powstał obły kształt, który początkowo mylnie zinterpretowałam jako słonia. Wystarczył jednak tak prosty zabieg, jak dorysowanie poziomej linii i paru kółek u dołu, by sprawa stała się jasna. Chodziło o autobus.

– Priscilla, królowa pustyni! – odgadłam dziarsko. Lata oglądania wszystkich filmów branżowych świata robią swoje.

Żona pokazała ruchem głowy, że co prawda nie zgadłam, ale jestem na tropie. I zaczęła rysować pasażerów autobusu. Ponieważ osoba siedząca z tyłu powstała jako pierwsza, pomyślałam, że może chodzić o Rosę Parks, która nie chciała siedzieć w tylnej części pojazdu i nie głosowała na Trumpa. Był to jednak niewłaściwy trop. Żona skupiła się na cyzelowaniu ludzików z przekreślonymi twarzami, co – jak widać na pomocniczym rysunku powiększonym, wcale nie miało oznaczać jej niechęci do jazdy komunikacją miejską, tylko było graficzną reprezentacją turbana.

Ustalenie tego faktu zajęło chwilę. W skonkludowaniu, że chodzi o Arabów pomógł wielbłąd, który znajduje się w prawym dolnym rogu obrazka, tuż pod powiększeniem twarzy Araba w turbanie. Piszę to tak sobie tylko; na wszelki wypadek, gdyby ktoś z Czytelników był nieciekawy świata i w życiu nie widział na oczy wielbłąda, czy to narysowanego, czy au naturel.

Tak właśnie wygląda wielbłąd.

Od tej pory zgadywanie potoczyło się już błyskawicznie.

– Z autobusem Arabów! – odgadłam bez pudła. Żona entuzjastycznie pokiwała głową, po czym narysowała jeszcze głośnik, właściwie już tylko dla dodania kunsztownego detalu. Bo przecież było już jasne, że chodzi o piosenkę polską.

Wysiliłam więc pamięć w poszukiwaniu właściwego tytułu.

– Jolka Jolka! – przypomniałam sobie w ekstazie. Moja radość nie trwała jednak długo. Żona pokręciła głową, gestami zachęcając, bym zgadywała dalej. Narysowała też kolejną wskazówkę: cyfry 1 i 2 oraz wyraźną zależność między nimi, a sytuacją w jakiej znalazłyśmy się z naszym zgadywaniem. Nie to jedno, co tutaj mamy. To drugie.

Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Nie mogę przecież się wyłożyć na ostatniej prostej, nie mogę zawieść Żony, naszych kotów, rodzimego rynku muzycznego i wielbłąda! Przecież mam tu wszystkie wskazówki podane na tacy, wyrysowane z naturalistyczną precyzją i dbałością o szczegół, nie mogę okazać się najgorszym matołem, który nie wie, jak leci ta druga piosenka polska.

I odgadłam. Rozpromieniona, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku podałam właściwy tytuł.

– Autobiografia!!!

W nagrodę dostałam na kolację gnocchi z domowym pesto.

 

PS. Wiadomość od Żony: „Gdybym wiedziała, że to pójdzie do Internetu, to nie narysowałabym mu oddzielonej nóżki.”

 

 

Thank you, Charlie Kaufman

Siedzi w końcu przed pustą stroną. Dwa tygodnie za późno. Postanowiła podjąć ten niewyobrażalny wysiłek chociaż uważa, że w sumie nie warto.

Ale obiecała; a dane słowo i czyjeś zawiedzione zaufanie ciążą jej coraz bardziej, więc nie ma rady… A poza tym, przecież  w głębi serca tak naprawdę chce to zrobić. Przecież na jakimś poziomie świadomości wydaje jej się, że nigdy nie przestała.

Chce to zrobić, bo pisanie to jedyna rzecz, którą tak naprawdę umie. Jednyna, którą chce robić. I zdecydowanie, zdecydowanie preferowana froma wyrażania siebie. Chce przecież, żeby ją czytano, znano, omawiano, lubiono. Chce aprobaty i nieustannego potwierdzania, że jej też należy się miejsce w szeregu, że swoją obecnością nie robi nikomu aż tak wielkiego kłopotu.

Nadal chce pokazywać sama sobie kim jest, a kim być może. Nadal marzy o chwili, kiedy zrozumie wreszcie, jak to wszystko działa, gdzie są sznurki a gdzie dźwignie, gdzie warto się schylić, a w którym miejscu należy przyspieszyć, żeby przebiec po torze przeszkód i wdzięcznym skokiem wykonać idealne salto mortale, zadziwiając publiczność i zbierając huraganowe oklaski.

Na razie skrada się nieśmiało, przestępuje z nogi na nogę, spoglądając na oświetloną scennę zza grubej, ciężkiej kulisy, przepuszcza wszystkich z kolejki i patrzy z mieszaniną podziwu i zazdrości na ich wyczyny. Zazdrości nawet tym, których popisy są liche a salta pokraczne. Umiałabym lepiej, myśli, i może ma rację, a może się oszukuje – nie sposób tego roztrzygnąć, bo przecież nie sprawdziła. Jeszcze nie jest gotowa, jeszcze nie. Jej nerwowe dreptanie i nieśmałe podrygi to przecież tylko próba, przygotowania przed prawdziwym występem. Na razie obserwuje innych i czeka, czeka już trzydziesty szósty rok, na właściwy moment.

Tatrzański przewodnik niechętnej podróżniczki

Nie mam duszy podróżniczki. Każdy wyjazd to dla mnie duża presja: pakowanie, zakupy, wydatki, nerwy, logistyka, wydatki, lęk i wydatki.

W sporach z Żoną, która najchętniej spędzałaby cały rok na walizkach, traktując nasze mieszkanie jak bazę wypadową, zawsze mówię, że moje życie nie toczy się na wycieczce. Wyjazd to tylko interludium, przerwa na kolorową, rozwirowaną i ekstrawagancko drogą reklamę, przerywnik w żmudnym, nudnawym i naturalistycznym serialu produkcji krajowej, noszącym prozaiczny tytuł „Życie Porceliny”. Owszem, można z zaciekawieniem obejrzeć taki wysmakowany filmik-cukiereczek, odczuć z niego satysfakcję i niemałą przyjemność – ale kto specjalnie czekałby na reklamę? Nie podzielam sposobu myślenia tych, którzy niczym Hatifnaty żyją wpatrzeni w niknący horyzont, a swój czas dzieją na dwie, najczęściej mocno nierówne części:  wyjazd  – i faza planowania kolejnego wyjazdu. Uważam, że taka postawa jest wielce romantyczna i nawet trochę podziwiam to usposobienie. Podziwiam, ale nie podzielam. Ja sobie kręcę mój przaśny serial jadąc do pracy tramwajem i sprzątając balkon w sobotnie popołudnie i jestem całkiem zadowolona.

Dlaczego w takim razie to właśnie wyjazdy zazwyczaj skłaniają mnie do zdmuchnięcia tumanów cyfrowego kurzu z blogaska Porceliny?

Nie mam pojęcia. Niemniej, niezmiennie na widok uskładanych stert rzeczy przygotowanych do spakowania, czuję potrzebę, by cyknąć fotkę i coś na ten temat napisać.

Zatem jedziemy z Żoną w góry. Pod samiuśkie Tatry! Jedziemy sobie z fasonem, zaklepawszy miejsce w pensjonacie ledwo trzy dni przed długim weekendem, załadowawszy samochód po dach wszystkimi rzeczami, jakie podczas pobytu mają nawet znikomą szansę okazać się przydatne. Podobno temperatura w Polsce w majówkę ma wynosić 30 stopni Celsjusza: 10 stopni w niedzielę, 10 w poniedziałek i 10 we wtorek.

Wzięłyśmy zimowe czapki, rękawiczki i ciepłe kurtki.

rivendell
To oczywiście Tatry, kawałek od Zakopanego.

Będzie pięknie!

Powiedz źródło

Obejrzałyśmy wczoraj z Żoną pierwszy docinek serialu „Pakt”.  Jest to nowe i piękne dzieło produkcji HBO, wysokobudżetowe, polskie i dobre – jak to zwykle seriale HBO (patrz: „Mad Men”.)

Tylko, że wcale nie.

Początkowe ujęcia na Warszawę, podaną w wysmakowanych szarościach i błękitach, po skandynawsku chłodną i czystą, są piękne. I są jedyną dobrą rzeczą w pierwszym odcinku tego serialu. I we wszystkich pozostałych odcinkach też.  Ha! – zakrzykniecie – jak możesz tak twierdzić, Marianno, skoro dotychczas wyemitowano jedynie dwa odcinki, a ty obejrzałaś tylko jeden z nich?

Otóż mogę i twierdzę.  Chociaż obejrzałam jedynie pół epizodu, a może jeszcze mniej.  Jakkolwiek by bowiem nie poprowadzić kamery, jak by precyzyjnie nie dobrać rekwizytów do karnacji aktorów, jakkolwiek by mistrzowsko nie rozegrać wszystkich elementów, które składają się na dzieło, jakim jest dobry serial – jeżeli dialogi nie będą poprawne, to ja takiego serialu nie polubię. Nie wytrwam do końca odcinka i pójdę sobie malować paznokcie. Jeżeli dialogi będą złe, to będę hejterzyła i pluła (psując przyjemność z oglądania Żonie, która lubi dobrą intrygę, i nawet słabe dialogi może twórcom wybaczyć, jeżeli intryga trzyma się kupy.)

A jeżeli dialogi będą Bardzo Złe, to odgrzebię hasło do WordPressa i napiszę okrutnie złośliwy wpis.

Reasumując – dialogi w serialu „Pakt” są Bardzo Złe i należy je piętnować. Podam tylko jeden przykład, a będzie on argumentem przeważającym wszystko, co ktokolwiek kiedykolwiek powie lub napisze w obronie tej produkcji.

Gotowi? Dobra, to najpierw wprowadzenie. Serial dzieje się współcześnie w Warszawie, a bohaterem jest dziennikarz śledczy na tropie tytułowego zbrodniczego paktu. Sytuacja wymaga, by dziennikarz (Dorociński) zdradził tożsamość swojego informatora. Ale nie chce tego zrobić, bo to nieetyczne i może narazić osobę, która mu zaufała. Proste, fajne i nośne, no nie? (A że już było? No pewnie, że tak. Było, i to nie raz. Było nawet całkiem niedawno, w tym samym HBO, tyle że po norwesku i pod tytułem „Układ”. Nieszkodzi.)  No więc  ten dziennikarz jest młody, zdeterminowany, poważny i srogi jak zima w Irkucku, buntowniczo pali papierosy i nigdy się nie uśmiecha.  Jest bezkompromisowy, a śledztwo, które prowadzi jest dla niego najważniejsze. Poza tym, nasz bohater musi być cyniczny i cool, bo w końcu to Dorociński. Więc jak pokazać, że bohater jest cool? Proste! Musi mieć błyskawiczne, ostre i cięte odzywki. A  jak w takim razie zrobić, żeby bohater mógł się wykazać taką odzywką? To wie każdy, kto kiedykolwiek spotkał się z jakimkolwiek dialogiem literackim bądź filmowym. Trzeba otóż przygotować  mu pole do popisu poprzez odpowiednio sformułowaną kwestię poprzedzającą, na którą bohater odpowie coś błyskotliwego. Innymi słowy, rozmówca musi się bohaterowi podłożyć.

To niezbędne „podkładanie się” twórcy serialu rozwiązali następująco (komentarze reżyserskie dodałam sama, kwestie bohaterów spisałam ze słuchu*):

GENERIKOWA DZIENNIKARKA 01

(poważnie, z naciskiem)

Piotr, powiedz źródło. To wiele ułatwi.

DZIENNIKARZ COOL

(celna riposta, ironicznie)

Źródło.

 

Dialog toczy się dalej, tożsamość źródła (tymczasowo) nie zostaje ujawniona, blablabla. Ale my już nie słuchamy, porażeni bezdenną głupotą scenarzystów, których nie omieszkam wymienić tutaj z nazwisk: Przemysław Nowakowski, Joanna Pawluśkiewicz i Andrzej Gołda (pod opieką merytoryczną Macieja Kubickiego).

Co się stało tego dnia, kiedy wymieniona trójka (pod opieką numeru cztery) usiadła wspólnie i wymyśliła, zapisała, a następnie  wysłała gdzie trzeba ten przytoczony wyżej koszmarek? Czy wszyscy wtedy cierpieli na ostry atak zgagi? Czy winny jest niesprzyjający układ planet, czy raczej sytuacja polityczna? Czy może zwyczajnie śpieszyli się tak bardzo, że nie zauważyli, co sami napisali? Jeśli tak, to dlaczego nikt na późniejszym etapie produkcji tego nie wyłapał? Dlaczego nikt im tego nie wytknął?

Dlaczego w końcu aktorka grająca Generikową Dziennikarkę 01 nie trzasnęła scenariuszem i nie wrzasnęła, że nie powie swojej kwestii, choćby ją mieli pokroić?

Jak doszło do tego, że w poważnym (w założeniu) serialu, na który wyłożono kupę pieniędzy, bohaterka wygłasza sformułowanie „powiedz źródło” w znaczeniu: „powiedz, kto jest źródłem”?powiedzzrodlo

Nic mnie nie obchodzą hipotetyczne wyjaśnienia, że to ja nic nie zrozumiałam i głupio się czepiam, bo ta pani jest zdenerwowana, przejęta, tak jej się śmiesznie powiedziało, i on to wyłapał i celnie zripostował. No Marianno, przecież ludzie cały czas używają skrótów myślowych, a żywy język to nie literatura i tak właśnie jest naturalnie i fajnie!

Nie. Nie jest. Nikt nigdy nigdzie tak nie mówi . Przemysławie, Joanno i Andrzeju pod opieką Macieja, daliście, kurwa, dupy. To, co wspólnie spłodziliście to jest ZŁO.

czat

Chciałabym, żeby nasz świeżo upieczony, choć skądinąd dobrze znany minister sprawiedliwości dopadł winnych i zapewnił mnie w gorącej relacji na żywo, że ci państwo już nigdy żadnego scenariusza nie napiszą.

Czy ktoś może mi to zagwarantować?

 

*nie wierzycie? Łudzicie się, że się przesłyszałam?  Zobaczcie sami!

https://youtu.be/pGO0JfxSIUM?t=701

 

Koszmar przed Bożym Narodzeniem

Jesień się zrobiła, nazwijmy to, mocno zaawansowana, a lato, choć ładnie przedłużone o urlop, definitywnie odeszło. Summer moved on!

Jak zawsze o tej porze roku robię się zgryźliwa bardziej niż normalnie i troszeczkę pozwalam sobie osunąć się w beznadziejność i w środku ciemnego znaleźć się lasu. I jak zawsze o tej porze z pomocą przychodzi popkultura, uniwersalne internetowe przeżywanie żałoby po lecie, ładne obrazki z dyniami:

1122015-Joseph-Jackino
Joseph Jackino

i tysiące gifów z „The Nightmare Before Christmas”, jednego z tych filmów, które w określonych porach roku zawsze mam na myśli, niezależnie od tego, czy je akurat oglądam czy nie. Obrazy klatka po klatce przesuwają mi się w głowie, a uszyma duszy słyszę ścieżkę dźwiękową. A dziś, zamiast oglądać, będę o nim pisała.

Znany u nas jako „Miasteczko Halloween” film kojarzy się nieodzownie z Timem Burtonem, już to przez swój trumienny urok, mroczny czar i charakterystyczną, powiedzmy „kreskę”, (choć jest to dzieło animowane, ale nie rysunkowe) – ale de facto wyreżyserował go Henry Selick, a stało się to w roku 1993. (Musiałam to napisać, żeby samą siebie przekonać, że istotnie tak dawno – ale nie, jednak nie wierzę).

Burton jest oczywiście autorem pomysłu, na który wpadł obserwując, jak na wystawie sklepowej halloweenowe upiory i dynie są zastępowane przez bożonarodzeniowe elfy i bałwanki. Pomysłodawca odpowiada też zapewne za wygląd bohaterów i całą koncepcję świata przedstawionego, choć na planie filmowym spędził coś około 10 dni, co, biorąc pod uwagę fakt, że setka osób pracowała nad dziełem przez trzy lata, nie jest okresem przesadnie długim.

Wrażenie ruchu w filmie zostało stworzone przy użyciu metody poklatkowej, co oznacza, że figurki bohaterów były pracowicie przesuwane po makiecie i filmowane, przy czym na jedną sekundę animacji przypada około dwunastu różnych ustawień. Co, moim zdaniem, stanowi o sile filmu, bo ten realistyczny sposób obrazowania wciąga mnie w sam środek akcji i urzeka bardziej niż najpiękniejsza rysunkowa bajka.

Machający tu Jack Skellington jest królem miasteczka Halloween i poznajemy go w momencie, kiedy dopada go poimprezowy smuteczek: kolejna noc 31. października właśnie się skończyła i całe miasto szykuje się do wytężonej pracy, w końcu do następnej okazji, kiedy będą mogli zejść na Ziemię i pohulać, zostało już tylko 364 dni! Jack, jak co roku, był doskonały i przerażający. Jego patykowate, pajęcze ciało w idealnie skrojonym surducie, jego puste oczodoły i klekoczące kości czynią go marzeniem każdej wiedźmy i kimś, do kogo aspirują wszystkie upiorne dzieci. Jak sam śpiewa głosem Danny’ego Elfmana, autora muzyki do filmu, (który to film w sumie jest musicalem i sporo z motywacji i charakteru bohaterów wyjaśnia się w tekstach piosenek; można tam też odnaleźć różne popkulturalne odniesienia):

Since I am dead, I can take off my head to recite Shakespearian quotations.”

zatem nikt dyniowemu królowi nie podskoczy.

Ale Jackowi to nie wystarczy. Na odcinku Halloweenu osiągnął już wszystko i jest znudzony. W głębi szkieletu odczuwa tęsknotę za czymś więcej. I tak, wzdychając i błąkając się bez celu, także i on w głębi ciemnego znajduje się lasu – a tam odkrywa drzwi prowadzące do innych świątecznych krain i wchodzi przez te oznaczone wieńcem z jedliny. Miasteczko Bożonarodzeniowe, które się za nimi rozciąga, zachwyca go do tego stopnia, że postanawia wprowadzić to święto do swojego trupiosinego świata.

Jack nie może uwierzyć, że

There’s children throwing snowballs instead of throwing heads, they’re busy building toys and absolutely no-one’s dead!”

i tak dochodzi do pięknie egalitarystycznego i utopijnego wniosku, że Boże Narodzenie powinno należeć do wszystkich – by w następnej linijce uściślić, że właściwie to nie tyle do wszystkich, co do niego samego. Zwołuje zebranie obywateli miasteczka Halloween, na którym usiłuje zreferować tej bandzie utopców, koszmarków i struposzałych kikutków, czym właściwie jest ten szczególny bożonarodzeniowy nastrój. Idzie mu niesporo, bo maszkaronom trudno jest pojąć, że w skarpecie zawieszonej nad kominkiem nie powinna się znajdować gnijąca stopa, a w pudełku ze wstążką nie mieści się odcięta głowa znaleziona w jeziorze. Na koniec zrezygnowany Jack oświadcza, iż słyszał, że władcą tej obcej krainy podobno jest przerażający Sandy Claws, który wyrusza co roku na rzeź [w tekście piosenki mamy slay zamiast sleigh], ubrany w rain gear i, jak wieść gminna niesie, prawdopodobnie sieje terror na Ziemi. Halloweenianie są zachwyceni, burmistrz w pełni wspiera nową inicjatywę, całe miasteczko rusza do przygotowań. Ta krótka scena daje młodym widzom niezły ogląd tego, czym jest polityka i jak się ją właściwie robi.

Tutaj następuje moja ulubiona kolęda „Making Christmas”, w której brzydkie potworki brzydko śpiewają o tym, że Boże Narodzenie w tym roku jest dla nich. Utwór ten doskonale rezonuje z moją własną filozofią, która każe mi z jednej strony ateistycznie ignorować religijny aspekt tego święta, a z drugiej z lubością piec pierniczki i kupować prezenty – każda spotworniała lesbofeministka zasługuje bowiem na kolorowe światełka i bardzo dużo naraz dobrego jedzenia, wyłącznie z okazji faktu, że o tej porze roku dzień trwa z grubsza od dziewiątej do czternastej, jest zimno, szaro i bardzo daleko do wiosny.

Zatem róbmy święta.

 

 

Miss Writer, czyli jak przestałam się martwić i pokochałam jesień

– Żono – powiedziałam dziś przy śniadaniu do Żony – oto nadszedł dzień, w którym zaczyna się jesień.

Albowiem – wyjaśnię w tym miejscu, jeśli jesteście nie z Polski, nie macie żadnego okna, albo czytacie to kiedy indziej – skończył się szalony i rozżarzony sierpień, a wraz z nim, jak ręką odjął, ustały upały.

Żona moja zjeżyła się, gotowa na litanię utyskiwań i stęków, która rokrocznie w takie smętne, mgliste poranki wrześniowe dobywała się ze mnie. A następnie się mocno zdziwiła, bo litanii nie było.Czytaj dalej »

Na skraju lustra

Jako mała dziewczynka lubiłam zwisać z kanapy głową w dół.

Fascynowało mnie, jak znajomo i jednocześnie – jak zupełnie inaczej wygląda odwrócony pokój. Do góry nogami, w dół siedzeniami i blatami, z lampą jak magiczna czara światła sterczącą sztywno z pustej, białej podłogi, która na co dzień bywała sufitem.

Niezwykłe połączenie obcego, nieznanego i fascynującego z tym, co swoje, domowe i bezpieczne.

Jako mała dziewczynka lubiłam obserwować lustrzane odbicia wnętrz, w których wszystko jest na opak, i gdzie nieistotne jest, która to prawa, a która lewa. W lustrzanych pokojach są niespodziewane zakręty nie w tę stronę i niepokojące, w nieskończoność wydłużone korytarze. Intrygujące wyciemnione kąty i filmowo spłaszczone perspektywy. Wszysko jest spokojne i statyczne i nawet bałagan sprawia wrażenie przemyślanego, skomplikowanego porządku.

tumblr_inline_nhhb830r4S1qczy2h
http://noxrpm.com/

Lustrzane pokoje są prawie tak samo fascynujące jak oświetlone mieszkania widziane z zewnątrz. Jako dorosła dziewczynka lubię zaglądać z ulic w okna anonimowych ludzi.

Z ciemną, chłodną próżnią miasta stykają się małe pudełka żółtego, miękkiego światła. Portale do cudzego mikrokosmosu, żywe obrazy obcej egzystencji w 2D. Cudze lampy, obce kuchenne szafki, czyjeś zadbane kwiatki na parapetach. Wszystko jest takie ładnie poukładane, przyciśnięte chłodną talfą szyby i ujęte w jasne, przejrzyste ramy, całość przedstawiona we fragmentach, które łatwo można ogarnąć, przyswoić i zrozumieć. Z wyłączoną fonią, wyczyszczone z zakłóceń i szumów. Przez okna nie widać nigdy niczego co brudne, brzydkie i złe.

W czasach, kiedy serial „Hannibal” nie był jeszcze monumentalnym fanfikiem scenarzysty złożonym w hołdzie samemu sobie, czyli w pierwszym sezonie, z ust Willa Grahama trawionego psychotyczną gorączką padła taka kwestia:

W nocy zostawiam w domu zapalone światła i wychodzę na spacer po polach. Kiedy patrzę wstecz, z odległości mój dom wygląda jak łódź na morzu. Tylko wtedy czuję się naprawdę bezpiecznie.”

Ja też bym tak chciała. Mniejsza o to, że nie mieszkam w małym domku pośród lasów i pól, a usytuowanie mojego bloku sprawia, że praktycznie nie jestem w stanie spojrzeć z zewnątrz we własne okna. Chodzi mi o to, by ktoś przynajmniej przez pół godziny dziennie pokazywał mi moje życie widziane z zewnątrz, najlepiej odwrócone do góry nogami, odbite w lustrze lub potraktowane jakimś zajebistym filtrem z wbudowanego aparatu iPhone’a. Żebym mogła przyjrzeć się własnym poczynaniom z bezpiecznej odległości, pod innym kątem, z dystansu i z boku, z chłodnym, trzeźwym osądem bezstronnej obserwatorki własnego życia. Być może wtedy mogłabym poczuć się bezpiecznie, dostrzec logikę i ład, zobaczyć, jak poszarpane, niezrozumiałe zdarzenia oceniane z odpowiedniej odległości układają się w spójną i przemyślaną całość. Dostrzec, że moje mieszkanie naprawdę wygląda miło i bezpiecznie, a tylko ja stojąc za blisko i ogniskując wzrok nie na tym, co trzeba – widzę przede wszystkim syf i nieład. Mogłabym wtedy zobaczyć, że moje koty są de facto urocze, a moja dziewczyna, kiedy wyrwać ją z kontekstu codziennych przepychanek o zakupy-zmywanie-pracę – jest najlepsza. I że ja sama też nie jestem zła, najbrzydsza i najgłupsza na świecie, jak zazwyczaj myślę – tylko zajmująca i niebanalna jak ciemniejący korytarz odbity w lustrzanej tafli.

Gdybym umiała, tak jak inne fajne blogerki, nie zrobić z własnej strony narzędzia do produkcji wyrzutów sumienia (ojej, to już rok minął, a ja nic nie napisałam!), tylko właśnie wykorzystać go jako doskonałą soczewkę, retusz i filtr, dzięki którym można opowiadać sobie własne poczynania i samą siebie ukoić. To byłoby coś.

Eyes on the prize

Jako kobieta multifunkcjonalna miewam i takie dni, kiedy muszę przesiedzieć przed monitorem od rana do wieczora, z przerwą jedynie na otwarcie drzwi panu od pizzy. W takie właśnie dni jak dziś odczuwam ze zdziwieniem, jak bardzo przywykłam do trybu pracy nauczycielki dojazdowej, której większa część dnia upływa na rowerze (jess!) lub w zbior-komie (fuu).

Więc kiedy nagle muszę coś pilnie wyścibolić na komputerze, to czuję się jak przeforsowany zawodnik, który po roku dłubania w nosie nagle startuje w olimpiadzie, bez nijakiej nawet rozgrzewki. Innymi słowy, łeb mam kwadratowy i toczę wokół zaczadziałym wzrokiem zatraciwszy zdolność rozróżniania klawiszy, a to ledwie osiem godzin minęło, odkąd zaczęłam.

Fakt, że kot Migot przez te osiem godzin leżał mi na kolanach też nie pomaga, bo się nie mogłam wiercić i teraz kręgosłup mój błaga, żeby go dobić.

Pomogłoby pewnie, gdybym umiała uwierzyć że z tej orki naprawdę coś wyjdzie.

Do końca jeszcze kilka tabelek, parę stron, cztery oczopląsy i wiele minut  odklejania się przemocą od fejsa i blogasków. jedziemyjedziemyjedziemy!

O co chodzi z cytryną

Otóż chodzi o „Cabin Pressure”, brytyjskie słuchowisko radiowe, które – tak się akurat składa – znam na pamięć. Bo przesłuchałam po milion razy każdy z 28 odcinków. Mała czarterowa linia lotnicza, jeden antyczny samolot, jeden niekompetentny kapitan, jeden cyniczny pierwszy oficer, jedna waleczna szefowa, jeden głupkowaty steward. Dobry pomysł, świetni aktorzy i parę naprawdę śmiesznych dialogów. Rezultat: dziesiątki cytatów i tysiące obrazków w internecie. Oraz filmiki.

Idea podróżującej cytryny pochodzi z odcinka „Qikiqtarjuaq”, w którym załoga podczas lotu (piloci przede wszystkim!) oddaje się takiej grze: gracz 1 umieszcza cytrynę gdzieś na widoku w kabinie pasażerskiej. Gracz 2 musi ją odnaleźć i ponownie „ukryć”. I tak w kółko. (Jeżeli komuś zdaje się, że reguły są nieskomplikowane, powinien natychmiast zapoznać się z zasadami gry w Yellow Car.)

No więc jest coś takiego w tym słuchowisku że po prostu aż chce się nosić badżik z inskrypcją: The lemon is in play. (Albo wołać: yellow car! za każdym razem gdy na drodze pojawi się… żółty samochód).

lemon

I chce się samemu zmontować filmik z cytryną ukrytą na widoku w ciekawych okolicznościach przyrody. Mnie na ten przykład – chciało się, zwłaszcza po tym jak obejrzałam filmik Johna Finnemore, twórcy serialu.

Fotografowanie cytryny w muzeum albo wkomponowanej w pomnik to naprawdę fajna zabawa, zaręczam. Najlepiej  wspominam balansowanie na kamiennym murze 2 m. nad ziemią w celu uzyskania jednego z bardziej udanych ujęć do naszego klasyka kinematografii:

park
nienienie, wcale nie mam lęku wysokości
park2
tak się tylko trzymam, dla zabawy

 

Moja portugalska ekipa też szybko wyszła z fazy zastanawiania się, czy to, że wszędzie noszę ze sobą cytrynę to jakiś wstęp do teorii macierzyństwa i ćwiczenia terenowe; przeszła przez etap gróźb, że spożyją moją modelkę gdy tylko spuszczę ją z obiektywu, aż do całkowitej akceptacji i ochoczego umieszczania owocu w paszczy kamiennego węża, dla przykładu.

No i takie zdjęcia z wakacji są mniej nużące dla niewinnych ofiar przymuszanych do oglądania, a przynajmniej taką żywię nadzieję. Soczyście żółta cytryna tak dobrze się prezentuje w portugalskim słońcu!

A zatem, po tak wyczerpującym wstępie: The Portuguese Lemon is in play! Zaleca się użycie głośników.

 

„CAROLYN: Douglas, I have decided that on this flight, I require some mildly but not life-threatening unprofessional amusement with which to wile away the time.

MARTIN: Carolyn, no!

DOUGLAS: What a good idea!

MARTIN: Carolyn, I specifically gave Nancy my word that –

DOUGLAS: There’s always the Travelling Lemon, for instance?

CAROLYN: Oh, of course – the very thing!

MARTIN: What, what’s that?

DOUGLAS: Not come across the Travelling Lemon, Martin, in all your professional experience? Well, player one strolls through a full passenger cabin, chatting to the adoring public of this or that topic of interest, and as he goes, he casually secretes somewhere where it can still be clearly seen, a lemon or other citrus fruit, as mutually agreed by the players and referees before match play commences, but I’m a traditionalist and favour a lemon.

CAROLYN: And then, player two goes out, finds it, retrieves it, hides it again. Now what’s our record, Douglas?

DOUGLAS: I believe on that night flight to Miami, we achieved a rally of sixteen.

CAROLYN: Well, I’m sure we can top that.

DOUGLAS: Doubtless. Shall I go first?

CAROLYN: Oh, by all means.”